Świat minerałów/kamieni

Andara

Gdy zaczął się mi w głowie pisać ten tekst, byłam mocno zdziwiona. NIe samym może tematem mocy kamieni i minerałów, bo ten towarzyszył mi odkąd byłam nastolatką, ale raczej tym, jak towarzyszące mi w życiu kamienie, były bardzo związane z naukami i doświadczeniami, które przyswajałam w trakcie tych okresów mojej ziemskiej przygody 😉 

Onyks – towarzysz mojego najciemniejszego „z wyboru” okresu w życiu. 7 lat chodzenia na czarno, muzyka black metalowa, rysunki demonów, wiersze mniej lub bardziej depresyjne, zainteresowanie okultyzmem… Ktoś mógłby powiedzieć: o rany, ale zło 😉 ale patrząc z perspektywy czasu był to okres tworzenia podwalin pod moją tożsamość (zgodny zresztą z psychologią rozwoju człowieka). Tworzenia z pustki, z ciemności. Poznawania siebie oddzielnej od rodziny pochodzenia. Doświadczania ciemnych aspektów wnętrza oraz tego, że nie ma się czego bać w ciemności. Kochałam wtedy noc (zresztą teraz również – totalna cisza i pustka). Najbardziej lubiłam chodzić na spacery właśnie w nocy. I nie bałam się. Tym był dla mnie również Onyks, który wybrałam kompletnie nieświadomie. Był ochroną, był ciszą, był bezpieczeństwem. Zupełnie jak bezpieczne łono Matki Ziemi – ciemnej, żyznej, w której dojrzewają nasiona.

Granat – wczesna młodość, pierwsze Kręgi Kobiece, chwilę po poznaniu „jasnej” strony mocy 😉 na Studium Psychologii Psychotronicznej, rok przed rozpoczęciem studiów na Psychologii UW. Pierwsze medytacje, duchowe ćwiczenia fizyczne, bioenergoterapia, radiestezja etc. Wtedy nie było minerału – były kolorowe koraliki i biżuteria indiańska – tęcza barw – dokładnie jak tęcza technik, metod medytacji i kierunków rozwoju duchowego. Natomiast później, gdy już zaczęłam studiować Warszawie i czerpać z możliwości rozwojowych stolicy pojawił się temat kręgów kobiecych…. I pojawił się Granat. Pierścionek z granatem, naszyjnik, wielkie marzenie o PRAWDZIWYM minerale… 

Czym był wtedy? Miłością, namiętnością, pasją, soczystością…. Teraz bym to określiła – życiem w pełni… w kolorze głębi czerwonego wina… jak czakra podstawy 🙂 Początek życia na Ziemi. W moim wewnętrznym rozwoju obok pasji życia był to czas terapii dzieciństwa. Zaskakująco spójne z wyborem minerału. Granat również towarzyszył mi przy doświadczeniu inicjacji szamańskiej na Ślęży podczas samotnej nocnej wędrówki, do której zawołała mnie sama Góra Matka i zaserwowała mi podróż do Światów Dolnych.

Ametyst – tu mamy skok z podstawy w koronę, po Granacie przyszedł Ametyst…można by powiedzieć skok kwantowy 😉 Poszukiwania zaprowadziły mnie do inicjacyjnych technik Munay-Ki z And, stanów mistycznych. Po Kręgach szukałam czegoś więcej i trafiłam na Leanne Edwards i prowadzone przez nią Inicjacje Munay – Ki i warsztaty szamańskie. Totalnie z czucia. Jednocześnie chwilę wcześniej zaczął mnie ciągnąć Ametyst. Z dzisiejszej perspektywy mogłabym powiedzieć, że niezły skok – z podstawy w koronę, jednak ktoś mi kiedyś powiedział – im głębiej rosną korzenie, tym wyżej sięga korona (chodzi o drzewo oczywiście), ile cienia tyle światła. I z Ametystem byłam kilka dobrych lat zwiedzając Światy Górne. Po jakimś czasie w pakiecie z Kryształem Górskim, ale to później

Labradoryt – w okolicach połowy drogi z przyjacielem Ametystem dołączył Labradoryt. Chwilę przed zaczęły pojawiać się we mnie pytania o Drogę Serca, Powołanie, zainicjowane siadaniem w Kręgu Kobiet świadomie zawiązanym z najbliższymi przyjaciółkami. Czas studiów miał się ku końcowi, a nie uśmiechało mi się pracować w szkole, czy poradni. NIe czułam tego. Za mało wolności było w etatowej pracy. I przyszedł labradoryt i bardzo ciekawie poprowadził mnie w pomoc w prowadzeniu Ceremonii z Babcią i śpiewaniem tam, a potem połączył jeszcze głębiej z największą pasją życia jaką jest Muzyka. I zaczęło się Adeshken i Przyjaźń z Fletem Hemisphere 🙂 Kto zna ten wie, kto nie –  zapraszam do zapoznania się tutaj: link. Tak więc Labradoryt – Droga Serca. W połowie drogi pomiędzy Korona a podstawą 🙂

Mołdawit – w trakcie intensywnej pracy w Kręgu Kobiet, co było i superwizją i wsparciem i celebracją i… właściwie wszystkim dla mnie w tamtym okresie, przyszedł do nas – już nie pamiętam od której z Kobiet – Mołdawit i wyparł z bliskiego kontaktu wszystkie inne minerały. Bardzo mocna transformująca energia. Jak uderzenie pioruna. Jednocześnie łącząca z Istotami z innych wymiarów. Tak, tak, ja też całe życie byłam sceptyczna wobec UFO i kosmitów. Dopóki nie weszłam z nimi w kontakt. Albo raczej oni ze mną. Uzdrawiali. Wysyłali informacje, przekazy. Dowiedziałam się wtedy skąd pochodzi moja Dusza – jak to się mówi kolokwialnie wśród ludzi rozwijających się duchowo.

Moqui-Stones – przy zakupie Mołdawitu pojawiła się informacja o kamieniach z Utah. Sparowane kamienie. Jeden jest rodzaju żeńskiego, drugi męskiego. Nazywane są także kamieniami szamanów. Ale we mnie było raczej pragnienie zjednoczenia w dwóch ciałach. Szukałam miłości z mężczyzną. Wtedy też pojawiły się one. Dwa. Są żywe. Ciepłe. WIbrują tak samo. Rodzą się razem. Są dopasowane. Harmonizują jin i jang w nas. Przywiodły do mnie mojego Mężczyznę po roku od ich otrzymania. Są też od płodności, więc wraz z Moim Meżczyzną przyszedł nasz syn.

Kryształ górski – gdy się już dowiedziałam skąd pochodzi moja dusza, zaczął mnie przyciągać Kryształ, czego nie było wcześniej. Zaczęła mnie przyciągać nieskazitelność, klarowność. Piąte i Dziesiąte wymiary. Wysoko-wibracyjnie. Ale z dystansem do siebie. Częste spotkania z Roślinnymi Nauczycielami. Światy kosmickie. Zaczęła się we mnie tworzyć książka (będzie, będzie, jestem w trakcie przepisywania jej z kart mojego systemu 😉 

Obsydian czarny – przecięcie więzów iluzji, rozpuszczenie idealizacji, projekcji z najbliższych osób, trudne lekcje, ale dające wolność. Dla mnie i dla innych. A także niezbędne narzędzie pracy szamańskiej. Czerń pochłania. Wszystko co nie jest potrzebne. Wszystko co nie służy. Obsydian czarny do pary z Kryształem – światłocień – paradoksalne przeciwieństwa w harmonii. Jedno bez drugiego nie istnieje. Istnieje tylko miłość i wołanie o miłość.

Zaczęło się od czerni i skończyło na czerni. Z pustki do pustki. Jednym z efektów tej długiej drogi był sen o tworzeniu Mandali Krystalicznych (link – czym są). 

Macierzyństwo na jakiś czas mnie zabrało ze świata minerałów. Jednak krew nie woda 😉 i powróciły z całym impetem Fluorytów. Na Festiwalu Wibracje mi i mojemu Mężczyźnie zapłonęły oczy pragnieniem (Smoki kochają kamienie szlachetne 😉 ) na widok stoiska z fluorytami i labradorytami. 

Fluoryt – kupione 3 w pakiecie plus 1 osobny. Zielony. Podwójny obelisk. Był ale się roztrzaskał. Był długo. Noszony w staniku w celu trzymania swoich granic i swojego centrum. Wziął na siebie mocne uderzenie przekroczenia mojej granicy przez bliską mi osobę. Zamiast strzał w moje serce, strzał we Fluoryt. Szczątki pochowane z intencją „Mądrość ucieleśnionego Serca i jasne, zdrowe granice”. I tak się zadziało. Intencja się manifestuje.

Andara – aktualny kamień, a raczej szkło wulkaniczne, jak o niej mówią. Informacja z przestrzeni o jej istnieniu. I ogromne uczucie tego, że to na teraz dla mnie. Bardzo ciekawie działa. Trudno ją opisać. Badam. Dotychczasowy wniosek to na pewno łączy z czymś, co jest spoza Ziemi i jednocześnie z najgłębszych głębin Ziemi. Delikatna energia promieniująca swoją własną mocą (odwrotnie do kryształów czy fluorytu, gdzie możesz je programować). Andara programuje Ciebie. Dostraja Ciebie do swojej wibracji. Jest monolitem – jednoczy wszystko wewnątrz. Jaki będzie efekt – na pewno to opiszę, chociaż już ta strona została utworzona po 2-3 miesiącach noszenia błękitnej Andary. A jak wiadomo, błękit to kolor czakry gardła czyli wyrażanie siebie na zewnątrz, do świata. Także poprzez słowo. 

Teraz jest noszona czerwona… jak czerwone wino. Czyżby kolejny zakręt spirali? Poziom głębiej niż Granat? We’ll see 🙂

JKE