Alchemia cykliczności – krok 1

I. Choose the Seed!

Wybierz NASIONO takie, które chcesz zasadzić na Wiosnę, żeby Jesienią zebrać owoce.

Od długiego czasu staram się żyć w sposób jak najbliższy naturze. Samodzielnie robione kosmetyki (lub kupowanie takich, które mają w składzie 100% natury), „less waste”, nieprzetworzona żywność czy odzież z naturalnych tkanin (samo ciało mi pokazało, że w ubraniach gdzie jest więcej niż 10% sztucznego – nawet elastyny, nie mogę chodzić), towarzyszą mi i mojej rodzinie. Im bardziej byłam świadoma, tym bardziej potrzebowałam korzystać z tego typu rzeczy. Im bliżej Natury, tym więcej nauki od niej. Co wiąże się także z życiem powoli, zgodnie z rytmem Ziemi.

Kulminacyjne momenty przesileń czy równonocy, fazy księżyca, ruchy planet – badałam i badam. Robiłam eksperymenty (m.in. po długim czasie czytania opisów tego, w jakim zodiaku był księżyc, czy która planeta retrograduje) czy to samospełniająca się przepowiednia i autosugestia, czy rzeczywiście ma to wpływ uniwersalny. I okazało się, że ma to taki wpływ. Świadomie nie czytając opisów, a potem sprawdzając po jakimś czasie – sprawdzało się. Więc przestałam już eksperymentować i przyjęłam to (astrologię) jako naturalną część cyklów ludzkiego życia. Naturalną oraz pomocną. Bo kiedy skupisz się, chociażby na samym Księżycu, możesz fajnie popracować w określonym aspekcie (w zależności gdzie będzie księżyc).

Już nasze babki i poprzednie pokolenia (nie mówiąc o kulturach rdzennych) mówiły, że np. włosów nie ścina się gdy księżyc maleje, bo będą wolniej rosły, czy nawet sadzenie i dbanie o rośliny/warzywa/owoce. Tej wiedzy jest ogrom.

Zaczęłam więc żyć w ten sposób, także w zgodzie ze swoim cyklem menstruacyjnym. Obserwuje to sobie, badam i bardzo lubię. Gdy jest Nów, zasiewa się ziarno, kiedy Pełnia – następuje kulminacja, a gdy Księżyc maleje – pokazuje się jakie ziarna wzrosły, a jakie nie. Ostatnio też wykorzystuję punkty kulminacyjne w ciągu roku. Przesilenie zimowe, lutowy Imbolc, czy to, co nadchodzi – Równonoc wiosenna (21.03). I właśnie na pierwszy dzień wiosny, zaczynający nowy roczny cykl, kiedy wszystko się rodzi, mam dla Ciebie propozycję: Zajrzyj do zakładki Wydarzenia.

Z Miłością JKE

Prostota

Tak, prostota.

Simple but not easy 😉

Siedząc sobie w domku, wieczorem, gdy dzieci już śpią, zaczynam się relaksować. Bez zbędnego dążenia do doświadczeń, bez ciśnienia, że muszę zrobić to, co sobie zamierzyłam w planach.

Dostałam linka od Przyjaciółki z muzyką. Dawno już ona jest w sieci i wykonawca jest dość znanym muzykiem. Szanowanym. Docenionym. Soundhealerem. Muzyka wysokiego C, profesjonalna. Uważana za piękną. Podchodzę do tej muzyki po raz kolejny w swoim życiu. I nie. Zbyt skomplikowane 🙂

Nie miałam zamiaru robić niczego dziś, tylko poddać się relaksowi. I jak zwykle w takich momentach, przychodzi inspiracja, dziś w postaci w/w muzyki, i zaczyna się dziać. teraz wpis 🙂

Więc wracając. Uczucie, że ta muzyka jest dla mnie zbyt skomplikowana. Za dużo efektów, za dużo wszystkiego. Widać prostota mnie porusza. I z całym swoim background’em doświadczeń zauważam, że tak było zawsze. Nawet sobie wymyśłiłam to zdanie, które widzisz na obrazku do tego wpisu.

Inna rzecz, która mi się przypomniała, to moje pieśni. Albo raczej sposób śpiewania. Najbardziej satysfakcjonujące, spełniające: biorę bęben i z nim śpiewam, biorę grzechotkę i śpiewam, biorę flet i gram. Monolitycznie 😉 Mimo że w niektórych utworach takich jak np „Calling Dragons” https://soundcloud.com/adeshken/calling-dragons nagrałam kilka instrumentów, to mój śpiew jest prosty. Bez ozdobników. Jak tam sobie płynie.

Ktoś mógłby powiedzieć: to przez brak techniki (zaczęłam ćwiczyć śpiewanie, bo sprawia mi to przyjemność, technikę też, bo to zabawne, ale też jest to relaks, jest to proste narzędzie do otwarcia), albo mogłabym usłyszeć jeszcze jakieś inne mądre rady odnośnie mojego śpiewania (oczywiście w sobie je słyszę ;). I pewnie będę mogła się do nich odnieść, gdy już się śpiewać „nauczę” 😉 Heheh, ale nawet jak to piszę, to mi się śmiać chce 🙂 Pomimo że doceniam technikę, doceniam profesjonalny śpiew, słucham z przyjemnością harmonii w utworach, hmm, kogoś z dużym talentem do śpiewania. Mi jednak najbliższe mi jest takie surowe, nieobrobione śpiewanie. Największe ciarki mam podczas słuchania takich, jakby to nazwać, naturalnych głosów połączonych w jeden np w Kręgach, albo podczas celebracji Ceremonii przy ogniu. Jakieś to takie bardziej żywe dla mnie. Żywe, ale i proste…

…Spotyka się grupa osób przy ogniu, grają i śpiewają razem, tańczą, niektórzy nigdy się śpiewu nie uczyli, ani gry na niczym, a efekt jest powalający, kiedy słucham tych dźwięków, bo na przykład ktoś pamiętał żeby to nagrać. I to jest życie. To jest chyba jedyna rzecz, za którą tęsknię. Po prostu.

Heh, miało być o prostocie a leci mi w śpiewanie 🙂 Ale powiem Ci, że właśnie to mi w duszy gra teraz. Bo posłuchałam sobie kilku kiedyś nagranych swoich utworów. I to, co mnie uderza to prostota tego. I nareszcie zrozumiałam, dlaczego tak jest 🙂 dlaczego mój sposób śpiewania jest taki właśnie. I dlaczego taką mam trudność w powtarzaniu nagrań, „obrabianiu” ich. Bo to wtedy nie jest żywe dla mnie. Chociaż sama lubię bardzo jak ktoś śpiewa pięknie. Jak nagranie jest idealne. Ale w moim, hmmm, „stylu” nie jest. Bo najbliższa mi jest jednak prostota, nawet jako taka surowość nagrania, improwizacja, moment, flow.

Dlatego nie usłyszysz raczej u mnie takiego wyćwiczonego śpiewu. To mi nie płynie wtedy. Dla profesjonalnych muzyków, raczej to ucztą nie będzie 😉 Ale! jak się posłucha icarosów z Ameryki Południowej, albo innych pieśni uzdrawiających szamanów, to pomimo że muzycznie są one jakie są, to są skuteczne. Wiesz, jeśli korzystałeś/korzystałaś.

I dla mnie to kwintesencja. Proste i efektywne 🙂 Jeśli posłuchasz sercem… 🙂

Na przykład to: https://www.youtube.com/watch?v=Wt7Pt2REv88&list=PL17V5stpCqiWDFg_OGJxS0KoQUDQTlz8z&index=1&t=159s

Tak sobie śpiewa i gra na bębenku 😉 A idzie prosto tam, gdzie ma dojść 🙂 Love it.

Z miłością JKE