Alchemia cykliczności – krok 1

I. Choose the Seed!

Wybierz NASIONO takie, które chcesz zasadzić na Wiosnę, żeby Jesienią zebrać owoce.

Od długiego czasu staram się żyć w sposób jak najbliższy naturze. Samodzielnie robione kosmetyki (lub kupowanie takich, które mają w składzie 100% natury), „less waste”, nieprzetworzona żywność czy odzież z naturalnych tkanin (samo ciało mi pokazało, że w ubraniach gdzie jest więcej niż 10% sztucznego – nawet elastyny, nie mogę chodzić), towarzyszą mi i mojej rodzinie. Im bardziej byłam świadoma, tym bardziej potrzebowałam korzystać z tego typu rzeczy. Im bliżej Natury, tym więcej nauki od niej. Co wiąże się także z życiem powoli, zgodnie z rytmem Ziemi.

Kulminacyjne momenty przesileń czy równonocy, fazy księżyca, ruchy planet – badałam i badam. Robiłam eksperymenty (m.in. po długim czasie czytania opisów tego, w jakim zodiaku był księżyc, czy która planeta retrograduje) czy to samospełniająca się przepowiednia i autosugestia, czy rzeczywiście ma to wpływ uniwersalny. I okazało się, że ma to taki wpływ. Świadomie nie czytając opisów, a potem sprawdzając po jakimś czasie – sprawdzało się. Więc przestałam już eksperymentować i przyjęłam to (astrologię) jako naturalną część cyklów ludzkiego życia. Naturalną oraz pomocną. Bo kiedy skupisz się, chociażby na samym Księżycu, możesz fajnie popracować w określonym aspekcie (w zależności gdzie będzie księżyc).

Już nasze babki i poprzednie pokolenia (nie mówiąc o kulturach rdzennych) mówiły, że np. włosów nie ścina się gdy księżyc maleje, bo będą wolniej rosły, czy nawet sadzenie i dbanie o rośliny/warzywa/owoce. Tej wiedzy jest ogrom.

Zaczęłam więc żyć w ten sposób, także w zgodzie ze swoim cyklem menstruacyjnym. Obserwuje to sobie, badam i bardzo lubię. Gdy jest Nów, zasiewa się ziarno, kiedy Pełnia – następuje kulminacja, a gdy Księżyc maleje – pokazuje się jakie ziarna wzrosły, a jakie nie. Ostatnio też wykorzystuję punkty kulminacyjne w ciągu roku. Przesilenie zimowe, lutowy Imbolc, czy to, co nadchodzi – Równonoc wiosenna (21.03). I właśnie na pierwszy dzień wiosny, zaczynający nowy roczny cykl, kiedy wszystko się rodzi, mam dla Ciebie propozycję: Zajrzyj do zakładki Wydarzenia.

Z Miłością JKE

Memento mori czyli kryzys jako potencjał

Po wymianie wiadomości z moją przyjaciółką z czasów liceum, która często ma „doły” i ja w tych rozmowach zawsze mówię o „górkach”, że istnieje i to i to. Że zawsze są dwie strony. Jak jin i jang. Że zawsze w obliczu ciemności pojawia się światło. Żyjemy w takim wymiarze – Ziemia – że nigdy nic nie istnieje jako jedyna strona medalu, że zawsze są obie. Co jest największym paradoksem (jak cienka linia między miłością a nienawiścią – kolokwialnie mówiąc) ale i największym błogosławieństwem….

Tak więc po tej wymianie zaczęłam się zastanawiać, czy ja przypadkiem czegoś nie rozumiem, czy się mylę, czegoś nie widzę. Przypominałam sobie swoje życie i momenty „dołów”, depresji, myśli samobójczych, od trudnego dzieciństwa (DDA), do problemów w odnalezieniu się w tym naszym ziemskim świecie w dorosłości (WWO). Zeskanowałam swoje doświadczenia i zapytałam siebie jak to jest, że część osób odnajduje zawsze światło w każdej ciemności, a inne zatrzymują się długo w ciemnej nocy duszy i nie potrafią z tego wyjść. Zobaczyłam, że miałam tak od urodzenia, że szukałam rozwiązań. Że jak mi się coś nie podobało, to chciałam to zmienić. Nawet jako dziecko, byłam tym „ratownikiem” rodziny… A było co ratować.

Więc jak to jest? Że niektórzy zawsze albo w większości widzą światło w ciemności albo mają szczęście i ktoś ich pociągnie do góry, a inni tkwią w tej ciemności widząc tylko ją. No i na ten moment przychodzi mi tylko jedna myśl/intuicja: wiara i wola. Wiara w to, że można zmienić swoją sytuację. Wiara w to, że zawsze jest wyjście, inna możliwość, inny scenariusz. Że gdzieś u rdzenia, albo masz tą wiarę, że Ty sam/Ty sama jesteś „kowalem swojego losu” czy jak to ładnie zostało w ostatnich latach nazwane przez nauczycieli duchowych: jesteś Twórcą, tworzysz swój hologram rzeczywistości, albo jej nie masz. Nie masz tej wiary. Bo gdy ją masz u rdzenia, a moment Twojego życia jest krytyczny i pojawia się ciemność i tylko chcesz w nią skoczyć żeby to się już skończyło, to i tak Wszechświat obdaruje Cię kolejną szansą. Bo jest on odbiciem Twojego rdzenia. 

1. WIARA – Czy wierzysz w inny scenariusz?
2. WOLA  – Czy decydujesz? Czy wybierasz… ŻYCIE? Czy się na to odważysz, nawet pomimo lęku?
3. MIŁOŚĆ – Czy jest ktoś, kogo kochasz i kto kocha Ciebie? Chociaż jedna osoba?

Jeśli odpowiedziałeś/odpowiedziałaś TAK na wszystkie pytania, to jest to krok na przód. Już zaczynasz przejmować odpowiedzialność za swoje życie. Za siebie. Mając ogromny zasób jakim jest MIŁOŚĆ. Do dzieła!!! Do Tworzenia!!! Trzymam za Ciebie kciuki i wysyłam jeszcze więcej Miłości!

A jeśli odpowiedziałeś/odpowiedziałaś NIE na wszystkie pytania, to znaczy, że jest Ci dobrze tak jak jest. Więc nie ma się czym przejmować. Po prostu bądź w tym ze świadomością, że na ten moment to jest TWÓJ WYBÓR. Widać tak potrzebujesz. Widać to jest część Twojej drogi. Na ten moment 🙂 Bo jutro może się okazać, że jednak wybierasz coś innego. I takie przyjęcie sytuacji daje GODNOŚĆ. NIe jesteś już ofiarą życia, okoliczności, tylko uświadamiasz sobie, że „rzeczywiście, to na ten moment mój wybór” i przestajesz walczyć. I nurt rzeki znów płynie. Tama została zniesiona. Za Ciebie też trzymam kciuki i wysyłam Moc Miłości i odrobine dystansu… dystansu do filmu swojego życia, z całym szacunkiem do osobistej historii i cierpienia, którego doświadczasz. Znam i cierpienie i szczęście. Zawsze to idzie w parze w zależności gdzie WYBIERASZ spojrzeć.

Wszystko i tak się zmienia. Życie to ciągła zmiana. Nie ma stałości. To jest fakt. Rzeka płynie. 

A na końcu i tak nas wszystkich czeka: 

Najlepsza Przyjaciółka.

Najlepszy Doradca.

Najlepsza Weryfikacja.

ŚMIERĆ 🙂

Bo pomyśl sobie: gdybyś tak jutro miał/miała umrzeć? Ale tak na prawdę. Wczuj się.

To co jeszcze dziś byś zrobił/zrobiła? Co sprawiłoby Ci największą radość? Co dałoby Ci największy spokój? Co sprawiłoby, że umrzesz kompletnie bez żalu za niczym? Co sprawiłoby, że zamkniesz po raz ostatni oczy i wypuścisz po raz ostatni oddech bez cienia goryczy? Co to będzie na ten moment?

Masz TO?

I TO jest rzecz, od której powinieneś/powinnaś zacząć 🙂

Z Miłością JKE

(PS. A jeżeli doświadczasz depresji, masz za sobą próby samobójcze, jeśli tylko wybierzesz inny scenariusz, otworzysz się na to, że może jest coś innego niż to, co znasz, to już robisz kolejny krok – w stronę Miłości, bo wszystko jest NIĄ albo jest jej brakiem. Możesz poprosić o pomoc. ZAWSZE MASZ WYBÓR)

Pieniądze jako jedna z form wymiany pomiędzy ludźmi

Grafika JKE

Tak 🙂 dzisiaj będzie o rzeczy prostej, ale i wywołującej różne reakcje, emocje, mniej lub bardziej burzliwe. Relacje z pieniędzmi są dla wszystkich tematem ważnym, podstawowym w tym świecie, w którym żyjemy. Dotykającym mnóstwa przekonań, myślokształtów, nie zawsze pozytywnych, a przeważnie wiążących się z dość trudnymi emocjami, bo dotykają podstawowej rzeczy jaką jest przetrwanie. Bez pieniędzy w naszym świecie nie kupisz jedzenia, ubrania, domu etc. To wszystko jest jasne, proste i oczywiste. Rzadko można spotkać osoby (o ile w ogóle), które żyją całkowicie bez pieniędzy. Ja osobiście nie znam takich osób. Jednym przypływ pieniędzy przychodzi z łatwością, innym z wielkim trudem. Ale każdego to dotyczy. Nawet osoby, o których słyszałam, że żyją poza „systemem”, na jakimś etapie życia musieli mieć/nie mieć pieniędzy, co warunkowało ich codzienność, wybory. 

Ja sama długi czas miałam ambiwalentne uczucia do tej formy wymiany. Lubiłam i nie lubiłam pieniądze. Lubiłam, bo dawało mi to wolność, nie lubiłam, bo miałam głowę pełną przekonań z nimi związanych, między innymi takiego kalibru, że jednak zabierają wolność. Mogą być narzędziem manipulacji, wojen i wszelkiego zła na świecie. A mogą też być narzędziem ogromnej pomocy i ułatwienia życia innym. I tak to we mnie tańczyło, grało, pracowało. Aż do momentu gdy na serio zajęłam się swoimi przekonaniami na ich temat i samą definicją tego, czym one dla mnie są. I poświęcając swój czas, angażując się w tą pracę, używając metod kontaktu z podświadomością, moim umysłem i emocjami dotarłam do takiej źródłowej definicji/znaczenia czym one realnie są :). A są właśnie tylko i aż jedną z form wymiany energii i dzielenia się pomiędzy ludźmi.

Nigdy nie traktowałam ich jakoś specjalnie, nigdy nie były moim celem. Moje działania dla innych często nie przynosiły jakichś szczególnych profitów finansowych, czasem nawet bilans wychodził na minus. Czułam wtedy brak równowagi na poziomie energii i swoje wyczerpanie. Mam duże zasoby, szybko się regeneruję, więc przy następnych wydarzeniach czy działaniach jakoś o tym zapominałam. Miałam ustalone stawki za swoje usługi, takie które wydawały mi się ok i tyle. Niektórzy narzekali, że za drogo, inni nie mieli z tym problemu. Ci co narzekali, czasem i tak przychodzili, bo mimo wszystko było dla nich cenne to, co dawałam. Co co nie narzekali, przychodzili, wracali częściej bądź rzadziej. Ale byli. Co dla mnie było najwyższą wartością. Że jesteście. 

Jednak jedna kwestia zawsze była gdzieś z tyłu głowy, a mianowicie, że za leczenie, wsparcie, muzykę czy sztukę pieniędzy się nie powinno brać. Że TO powinno być DANE ot tak, bo współistniejemy. Miałam takie pytanie, pomimo że sama lubiłam dzielić się pieniędzmi za usługi, które przyjmowałam. Oczywiście to było moje przekonanie, jedno z wielu. Było, dopóki nie dotarłam do źródłowego znaczenia pieniądza i je uwewnętrzniłam, a raczej wydobyłam ze swojego Źródła. Było, dopóki nie przetransformowałam przekonań, dopóki nie przyjęłam emocji z nimi związanych. Było, dopóki nie oczyściłam i nie uwolniłam historii z różnych linii czasu.

Pieniądze jako jedna z form wymiany energii pomiędzy ludźmi. Proste. Bez nadbudowy systemowej, kulturowej, emocjonalnej. I wtedy się odmienił mój sposób patrzenia i czucia się z pieniędzmi. Moje pytanie z tyłu głowy zniknęło. Znalazłam drogę jak mogę oferować innym moje zasoby, jaką formę wymiany przyjąć. Jaka lekkość się pojawiła. Jaka ulga. Bez niesienia na sobie całego, jakby to nazwać… egregora „Pieniądz” 😉 

A inne formy? Dokładnie wszystko, co można zaoferować innej osobie po wspólnym ustaleniu, co będzie dla kogo ok. Po ustaleniu potrzeb i wzajemnego zaspokojenia ich. Bo chcąc nie chcąc i pomimo różnych koncepcji totalnej niezależności od innych ludzi, i tak jesteśmy od siebie zależni. Współistnienie zawiera w sobie  wzajemną zależność i współdziałanie. Jesteśmy ludźmi. Żyjemy razem na tej Planecie. Potrzebujemy siebie nawzajem. Człowiek to zwierzę stadne. Proste? Tak. Łatwe? Nie. Bo wymaga samookreślenia swoich potrzeb (czyli samoświadomości)  i poproszenia o to. A na to często nie jesteśmy gotowi, chyba że życie przyprze nas do muru.

Dlatego też w mojej ofercie możliwa jest wymiana zasobów, wymiana usług, dzielenie się, niekoniecznie poprzez pieniądze, chyba że tak możesz, chcesz, wolisz, lubisz, jest to dla Ciebie ważne.… Natomiast jeśli nie możesz zapłacić określonej kwoty pieniędzy, a potrzebujesz czegoś ode mnie – na pewno masz coś w swoim rogu obfitości czego ja potrzebuję. Bo inaczej nie trafiłbyś/nie trafiłabyś do mnie 🙂

Z Miłością JKE

Konkurs z okazji Nowego Cyklu z prezentami

Witaj!

W związku z tym, że zbliża się Dzień Przesilenia i najkrótszy dzień w roku oraz nadejście nowego światła, a także zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku, składam Ci życzenia:

SPEŁNIANIA swoich marzeń, w codzienności, tak abyś każdego dnia budził/budziła się z uśmiechem witając nowy dzień niezależnie od pogody na zewnątrz, a kładł/a spać z wdzięcznością. 

Życia pełną piersią, w wewnętrznej wolności. 

Uczucia zaopiekowania przez Sprzymierzeńców 

Zaufania do ŻYCIA, że chce dla Ciebie dobrze 

Słyszenia SWOJEGO serca. 

I MIŁOŚCI, uczucia kochania i bycia kochanym/kochaną

Oto pierwszy podarunek na liście „Darów”:

https://www.na-miare-mozliwosci.pl/medytacje/

Niech służy Ci wtedy kiedy potrzebujesz odzyskać balans <3 Jednocześnie chciałam Ci coś zaproponować, przeczytasz o tym niżej.

Zastanawiałam się jak nie używając FB dotrzeć do osób, które potrzebują:

– Wsparcia w kryzysie

– Wsparcia w rozwiązywaniu problemów

– Wypracowania realnego, możliwego do wprowadzenia w codzienność rozwiązania problemu

– Odnalezienia radości życia

– Wsparcia jak połączyć pasję i pracę

– Rozruchu, ruszenia z miejsca, bo utknęły

– Nauki planowania i zarządzania sobą w czasie

– Realizacji celów / zamierzeń / utrzymywania motywacji

– Analizy snów jako drodze do większej samoświadomości

– Wsparcia w odnalezieniu i zamanifestowaniu potencjału duszy

– Odnalezienia sacrum w życiu, alchemii, pracy z intencją/pragnieniem serca

– Nowego sposobu podejścia do kryzysu, nie jako problemu, a jako potencjału do odzyskania.

Czyli tego, co mogę ofiarować, czym się podzielić.

Wpadł mi do głowy pomysł, żeby zorganizować dla Was -Taką świąteczno – noworoczną zabawę – z nagrodami oczywiście 🙂 Konkurs polega na tym, żeby zaprosić jak najwięcej osób do subskrypcji mojego newslettera link . Oczywiście tylko takich osób, które mogłyby być zainteresowane albo już szukają takich rzeczy. Żeby nie spamować i nie dawać nikomu tego, czego nie chce.

Zapis do newslettera: po prawej stronie strony

Czyli w punktach, żeby było jasne: 

  1. Zapisz się do newsletter wpisując swój e-mail
  2. Odpowiedz na jedno krótkie pytanie w mini ankiecie, że o tym konkursie wiesz z „www.na-miare-mozliwosci.pl, czyli ode mnie Joanny Karen
  3. Zaprosić inne osoby do subskrypcji poprzez e-mail, sms, what’s up, messanger etc, wysyłając im tego linka z instrukcją obsługi (oraz swój e-mail), gdzie, tak jak Ty, odpowiedzą na pytanie o tym, skąd się dowiedzieli i wpiszą Twój e-mail

Potem ja policzę odpowiedzi z mini-ankiety. Pokaże mi to e-mail osoby, który się powtórzy najczęściej, a ta osoba (może właśnie TY 🙂 wygra w konkursie i zdobędzie: 

Pierwsze miejsce, którego nagrodą jest

Nagranie Ceremonii Dźwięku z Fletem Hemisphere alive na wyłączność do ściągnięcia 

oraz pakiet 4 sesji indywidualnych ze mną na temat, który określimy podczas ok 30 min konsultacji wstępnej (lub mandala krystaliczna zrobiona przeze mnie ze specjalna intencja, którą wybierzesz podczas naszej wstępnej rozmowy)

Drugie miejsce w konkursie przypadnie osobie z mniejszą ilością zaproszeń, a ta osoba zdobędzie:

Nagranie Ceremonii Dźwięku z Fletem Hemisphere alive na wyłączność do ściągniecia 

oraz pakiet 2 sesji indywidualnych ze mną na temat, który określimy podczas ok 30 min konsultacji wstępnej (lub mandala krsyatliczna wspomagajaca konkretna czakre)

Trzecie miejsce:

Nagranie Ceremonii Dźwięku z Fletem Hemisphere alive na wyłączność do ściągnięcia.

Osoby, które nie uplasują się w pierwszej trójce, a które również zaangażują się w zaproszenia (wyślą zaproszenie do min. kilku osób), dostaną zniżkę 50% (koszt 100% to 60 zł) na zakup nagrania Nagranie Ceremonii Dźwięku z Fletem Hemisphere alive na wyłączność do ściągnięcia. Kod rabatowy otrzymasz w mailu 17.01.2021

Konkurs trwa od 21.12-10.01.2021, wyniki pojawią się tydzień później – otrzymasz informacje na e-mail.

Gramy?

TAK!!!!

Klikam: https://app.getresponse.com/survey.html?u=wdRGs&survey_id=1495005

Prostota

Tak, prostota.

Simple but not easy 😉

Siedząc sobie w domku, wieczorem, gdy dzieci już śpią, zaczynam się relaksować. Bez zbędnego dążenia do doświadczeń, bez ciśnienia, że muszę zrobić to, co sobie zamierzyłam w planach.

Dostałam linka od Przyjaciółki z muzyką. Dawno już ona jest w sieci i wykonawca jest dość znanym muzykiem. Szanowanym. Docenionym. Soundhealerem. Muzyka wysokiego C, profesjonalna. Uważana za piękną. Podchodzę do tej muzyki po raz kolejny w swoim życiu. I nie. Zbyt skomplikowane 🙂

Nie miałam zamiaru robić niczego dziś, tylko poddać się relaksowi. I jak zwykle w takich momentach, przychodzi inspiracja, dziś w postaci w/w muzyki, i zaczyna się dziać. teraz wpis 🙂

Więc wracając. Uczucie, że ta muzyka jest dla mnie zbyt skomplikowana. Za dużo efektów, za dużo wszystkiego. Widać prostota mnie porusza. I z całym swoim background’em doświadczeń zauważam, że tak było zawsze. Nawet sobie wymyśłiłam to zdanie, które widzisz na obrazku do tego wpisu.

Inna rzecz, która mi się przypomniała, to moje pieśni. Albo raczej sposób śpiewania. Najbardziej satysfakcjonujące, spełniające: biorę bęben i z nim śpiewam, biorę grzechotkę i śpiewam, biorę flet i gram. Monolitycznie 😉 Mimo że w niektórych utworach takich jak np „Calling Dragons” https://soundcloud.com/adeshken/calling-dragons nagrałam kilka instrumentów, to mój śpiew jest prosty. Bez ozdobników. Jak tam sobie płynie.

Ktoś mógłby powiedzieć: to przez brak techniki (zaczęłam ćwiczyć śpiewanie, bo sprawia mi to przyjemność, technikę też, bo to zabawne, ale też jest to relaks, jest to proste narzędzie do otwarcia), albo mogłabym usłyszeć jeszcze jakieś inne mądre rady odnośnie mojego śpiewania (oczywiście w sobie je słyszę ;). I pewnie będę mogła się do nich odnieść, gdy już się śpiewać „nauczę” 😉 Heheh, ale nawet jak to piszę, to mi się śmiać chce 🙂 Pomimo że doceniam technikę, doceniam profesjonalny śpiew, słucham z przyjemnością harmonii w utworach, hmm, kogoś z dużym talentem do śpiewania. Mi jednak najbliższe mi jest takie surowe, nieobrobione śpiewanie. Największe ciarki mam podczas słuchania takich, jakby to nazwać, naturalnych głosów połączonych w jeden np w Kręgach, albo podczas celebracji Ceremonii przy ogniu. Jakieś to takie bardziej żywe dla mnie. Żywe, ale i proste…

…Spotyka się grupa osób przy ogniu, grają i śpiewają razem, tańczą, niektórzy nigdy się śpiewu nie uczyli, ani gry na niczym, a efekt jest powalający, kiedy słucham tych dźwięków, bo na przykład ktoś pamiętał żeby to nagrać. I to jest życie. To jest chyba jedyna rzecz, za którą tęsknię. Po prostu.

Heh, miało być o prostocie a leci mi w śpiewanie 🙂 Ale powiem Ci, że właśnie to mi w duszy gra teraz. Bo posłuchałam sobie kilku kiedyś nagranych swoich utworów. I to, co mnie uderza to prostota tego. I nareszcie zrozumiałam, dlaczego tak jest 🙂 dlaczego mój sposób śpiewania jest taki właśnie. I dlaczego taką mam trudność w powtarzaniu nagrań, „obrabianiu” ich. Bo to wtedy nie jest żywe dla mnie. Chociaż sama lubię bardzo jak ktoś śpiewa pięknie. Jak nagranie jest idealne. Ale w moim, hmmm, „stylu” nie jest. Bo najbliższa mi jest jednak prostota, nawet jako taka surowość nagrania, improwizacja, moment, flow.

Dlatego nie usłyszysz raczej u mnie takiego wyćwiczonego śpiewu. To mi nie płynie wtedy. Dla profesjonalnych muzyków, raczej to ucztą nie będzie 😉 Ale! jak się posłucha icarosów z Ameryki Południowej, albo innych pieśni uzdrawiających szamanów, to pomimo że muzycznie są one jakie są, to są skuteczne. Wiesz, jeśli korzystałeś/korzystałaś.

I dla mnie to kwintesencja. Proste i efektywne 🙂 Jeśli posłuchasz sercem… 🙂

Na przykład to: https://www.youtube.com/watch?v=Wt7Pt2REv88&list=PL17V5stpCqiWDFg_OGJxS0KoQUDQTlz8z&index=1&t=159s

Tak sobie śpiewa i gra na bębenku 😉 A idzie prosto tam, gdzie ma dojść 🙂 Love it.

Z miłością JKE

Abstynencja ;)

Jest pół godziny po północy.

W kominku pali się ogień, w kubku moja ulubiona herbata. Za oknem słychać szum górskiego strumienia. Po prawie pół roku podróży zaczynam osadzać się w miejscu, które znaleźliśmy do mieszkania na kolejne pół roku. Być może jest to miejsce, w którym zostaniemy dłużej. Może znajdziemy tu Nasz kawałek Ziemi i Nieba do zamieszkania na stałe. Życie, Duch pokaże 🙂

Warunki do mieszkania w tych niespokojnych czasach wymarzone. Cisza, spokój, dom z bali, górski strumień, w którym kilka dni temu postanowiłam morsować, a który wręcz zaprasza do tego typu aktywności. Co dla mnie, jako osoby niezbyt lubiącej zimną wodę, jest fenomenem. Chociaż oswajanie z zimną, górską wodą trwało już jakiś czas, podczas naszych rodzinnych letnich wojaży w Polsce i Europie Zachodniej. Jeździliśmy z naszymi dzieciakami 3 i 1,5 i psem, przygotowanym do spania autem, po miejscach jak najbardziej dzikich, bliskich naturze, spaliśmy w namiocie (bo w samochodzie się spać nie chciało) niezależnie od pogody, jedliśmy posiłki przygotowane na ogniu lub kuchence turystycznej, kąpaliśmy się w rzekach, strumieniach, jeziorach, doświadczaliśmy wymarzonego życia w drodze. Praktycznie cały czas bez dostępu internetu. A nawet, kiedy był dostęp, nie miałam ochoty tam wchodzić. 

Były to jedne z najwspanialszych chwil, i jedne z najtrudniejszych. Przejechaliśmy w sumie ponad 8000 km od lipca 2020. I znaleźliśmy się tu, gdzie poranki zaczynają się od śpiewu ptaków niezagłuszanego przejeżdżającymi samochodami, chodzącymi ludźmi. Tu gdzie wodospad masz na wyciągnięcie ręki (tak, w Polsce:) ) Tu, gdzie zasięg internetowy i telefoniczny rzadko wchodzi na 2 kreski 😉 Tutaj, gdzie postanowiłam usunąć kilka dni temu swoje konto z FB, a tym samym z Messangera. 

Zrobiłam to spontanicznie. Powodem było to, że zdenerwowałam się, gdy zobaczyłam, jak dużo czasu mi ostatnio FB zabiera, kiedy zaczynam scrollować. Jak stał się głównym źródłem informacji z kraju. Jak stał się czymś na kształt okna na świat. Pomimo, że nie spędzałam na nim więcej niż godzinę/ dwie co kilka dni. Pomimo tego, że od początku Naszej Podróży mocno zmalało moje zaangażowanie w udostępnianie treści czy czytanie newsów. Pomimo tego, że od 2013 roku, gdy założyłam aktywne konto na FB, traktowałam ten portal jedynie jako narzędzie do kontaktu z przyjaciółmi, otrzymywania informacji o ciekawych wydarzeniach i informowania ludzi o wydarzeniach, które sama organizowałam lub dzielenia się czasami swoimi przemyśleniami. Takie, „myślałam”, zdrowe podejście do narzędzia z wykorzystaniem jego potencjału. 

Tylko „myślałam”, że tak jest. Teraz, gdy stacjonujemy w jednym miejscu, gdy na zewnątrz nie ma ciągłej zmiany w postaci zmieniających się warunków, miejsc, krajobrazów. Gdy za oknem widok jest ten sam, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy pojawiła się stałość, niejaka „rutyna”, umysł, który jest przyzwyczajony do ruchu, szuka tego. I zaczął szukać znów na FB, gdzie „wydawać by się mogło”, że na bieżąco można obserwować to, co dzieje się. Gdzie zmiany ogólnoświatowe, ale szczególnie zmiany w naszym kraju są widoczne tak bardzo, że „masz wrażenie”, że uczestniczysz w nich osobiście. Gdzie „wydaje Ci się”, że masz kontakt z innymi osobami podobnie myślącymi. Z Twoim „Plemieniem”… 

Po kilku dniach od usunięcia konta na FB mogę zaobserwować kompletną iluzoryczność tych „wydaje się”. Oczywiście nie mówiąc o nawyku, który nabyłam, sprawdzania wiadomości na messangerze czy scrollowania w ramach hmmm… relaksu ;). Bo jest i on – nawyk dający poczucie bycia w kontakcie, relacjach. Śmiech na sali 😉 

Pierwsza rzecz jaka mi przyszła, to właśnie przeświadczenie, jakie FB daje, że jesteś współuczestnikiem wydarzeń. Wciąga Cię to i widząc zdjęcia z lotu ptaka ostatnich demonstracji, słysząc kręgowe pieśni śpiewane przez kobiety (pominę fakt, że w maseczce nie śpiewa się o wolności), miałam wrażenie „Wow, czuję się jakbym tam była” Czuję ich/swoje emocje. Czuję żywy gniew na to, że ludzie dają sobie zakładać kagańce, a mówią o wolności wyboru. Czuję, czuję, czuję, moja energia zasila to całe przedstawienie… Po czym budzę się na drugi dzień, patrze na drzewa i góry i myślę „Który hologram jest prawdziwy? Co chcę zasilać? Czy to jest świat, który chcę tworzyć?” Same słowa „Świat który chcę tworzyć” – jaki świat? Przecież nie byłam na demonstracji, nic nie stworzyłam. To były tylko filmiki, zdjęcia i literki na monitorze. A „wydawało mi się”, jakbym tam była…

Widzisz to? Tą iluzję, pułapkę?

I to jest pierwsze. FB zabiera mnie z tu i teraz. Daje „wrażenie” współuczestniczenia. Jednocześnie to współuczestniczenie kosztuje moją energię. Płacę nią za coś, co tak naprawdę jest tylko obrazem na monitorze. Nie jest prawdziwe. Nie jest żywym kontaktem z drugim człowiekiem. NIe jest śpiewaniem na demonstracji z innymi kobietami. Płacę nią za coś, co nie istnieje. A moja życiowa energia istnieje, więc słaby deal 😉

Druga rzecz nawiązująca do tej wyżej. Relacje z „przyjaciółmi”, z „Plemieniem”. Co mi dawał FB? Wrażenie tego, że wiem, co u kogo słychać. Wrażenie tego, że mam z nimi „kontakt” 🙂 Wrażenie, które odbiera motywacje do tego, żeby porozmawiać przez telefon czy się spotkać, bo przecież „wiem” co u nich, bo czasem rozmawiamy przez Messanger i widzę ich tablice. Hahaha 🙂 Oczywiste, wszyscy to wiemy. Ale czy na pewno? Ja „myślałam”, że to wiem. Będąc jeszcze na FB „wiedziałam”, że to przecież online 😉 ale czułam się „w kontakcie”. A byłam? Nie. Literki na ekranie monitora i zdjęcia wybranych przez autora wycinków życia. Nie całość. Nie – czucie ciałem ciała. Czy takich „relacji” chcę doświadczać? Odpowiedź jest jasna jak słońce. 

I trzecia na ten moment, chyba dla mnie najważniejsze olśnienie. I wzbudziło największe przerażenie, bo o tym nie wiedziałam o sobie. FB stał się czymś w rodzaju okna na świat. Albo przestrzenią, która się otwiera jak w nią wchodzę. I daje „wrażenie” nieskończoności. Gdy zamknęłam to okno, zaczęłam doświadczać uczucia klaustrofobii i zamknięcia w czterech ścianach pomieszczenia. A ściany są zbudowane z drzew i nieba (kompletny paradoks). Dosłownie. Doświadczyłam dziś uczucia tego, że jestem w zamknięciu, bo nie mam dostępu do wymiany informacji z ludźmi. Bo nie mogę jednym kliknięciem zobaczyć, co i gdzie się dzieje. I to jest dla mnie straszne, że w ogóle pojawiła się we mnie myśl „jestem w pułapce, bo nie wejdę na FB i Messanger”. Że mam uczucie zamknięcia na świat, pomimo bycia blisko natury w domu z naturalnych materiałów, z dala od miasta, mając dużo czasu dla siebie (bo chłopaki pojechali do dziadków i jesteśmy tylko z córką). I jest to szok. Że dałam się tak wmanewrować, że stworzyłam sobie możliwość, aby FB stał się czymś takim dla mnie. Dla osoby, która kocha wolność i przestrzeń ponad wszystko.

A przecież nie czułam się ani uzależniona od FB, ani nie spędzałam niewiadomo ile czasu tam. A FB w taki triki sposób wszedł w moją rzeczywistość i stał się czymś, co wydaje się niezbędne i dające wolność 🙂 Wydaje się 🙂 Iluzja. I całe szczęście, na poziomie osobistym czuję tylko radość, że to się pokazało. Natomiast na poziomie „współodczuwania” z innymi, czuję smutek i przerażenie, że umysły wielu ludzi, których życie właściwie przeniosło się do FB, którzy spędzają tam po kilka godzin dziennie (nawet stwierdzenie  „tam” jest czymś iluzorycznym, bo przecież „tam” jest w „chmurze” umysłu, czyli nie istnieje na poziomie ciała), będą zainfekowane tym wirusem jeszcze mocniej. I niby nic nowego, niby to już dawno jest wiadome, niby rzeczywistość wirtualna jest czymś, hmm… oczywistym i prawdziwym… Niby nie można demonizować tego narzędzia, bo przecież racjonalne korzystanie etc. Ale doświadczenie na własnej skórze delikatnych podmuchów tego, co może dziać się z umysłem po „odstawieniu” FB daje pewność decyzji. Dużo nam się mówi, dużo sami sobie mówimy, dużo jest programowania, że racjonalne korzystanie nie jest niczym złym itd. Mi się „wydawało”, że korzystam racjonalnie, a pomimo to powstały w mojej głowie takie przekonania jakie powstały. Bo przecież nie urodziłam się z nimi, bo dorastałam w czasach, gdy nie było komputerów i telefonów, a pierwszego telefonu i komputera zaczęłam używać na pierwszym roku studiów, ale nie było jeszcze portali tego typu 😉 Więc te przekonania nabyłam odkąd pojawił się FB. Jaka to siła jest. Wirtualnej rzeczywistości. I to jest przerażające. Bo jest to rzeczywistość stworzona przez „kogoś”. Bo jest to wybierany przez tego „kogoś” sposób korzystania z tego medium. Bo ta rzeczywistość jest czymś zupełnie innym niż to, co masz za oknem. Bo ta rzeczywistość nie ma w sobie życia, mimo że jest w ciągłym ruchu. Przestrzeń dla umysłu człowieka, który jest jak marionetka, sterowany dłońmi animatora….

A animatorem nie jest Twoje życie. Nie jesteś Ty.

Ukojeniem jest to, że można spojrzeć na drzewo, że każdy ma dostęp do zieleni trawy i dotyku kory drzewa. I jak wyjdziesz z wirtualu i pójdziesz do najbliższego rosnącego drzewa, albo wybierzesz się trochę dalej, do najbliższego skwerku zieleni, albo jeszcze ciut dalej do pobliskiego parku, lasu, to poczujesz różnicę. Polecam. Proste narzędzie dbania o siebie. O swoje zdrowie, o spokój wewnętrzny. O alternatywę. Szkoda tylko, że teraz natura jest alternatywą, a nie podstawą. Ale jest. I to jest ważne.

Z miłością JKE

Let the Nature be The Temple.

Dlaczego „Na miarę możliwości”?

Zastanawiając się nad nazwą moich działań online, czułam sobie różne nazwy. Chciałam żeby było to coś prostego, nowego, niosącego świeży powiew do mojej pracy. Coś, co kojarzyłoby się z możliwościami medium jakim jest internet, ale również pokazującego to, że wiele można zrobić „online”, ale nie wszystko. Stąd ta nazwa. Na miarę możliwości jakie daje internet, na miarę Twoich możliwości korzystania z oferowanych tutaj rzeczy.

To, czym mogę się podzielić tutaj na stronie, w tym czasie, który jest, zamieszczam powoli, także na miarę swoich możliwości, głównie czasowych. Przy dwójce małych dzieci (1,5 roku i 3 lata), które są bardzo energicznymi brzdącami, nie jest to taka prosta sprawa: połączyć pracę z macierzyństwem. Przynajmniej dla mnie, osoby, która uczy się wykorzystywać każdą wolną chwilę, często zupełnie niespodziewaną i nie dającą się zaplanować, na swoje pasje (bo praca jest również moja pasją), na to, żeby złapać oddech, bo jeszcze 4 lata temu, mogła iść z flow życia o dowolnej godzinie.

Dlatego też, strona jest cały czas w tworzeniu (stan na 26.05.2020 😉 ) Powoli, krok po kroku, będę umieszczać te wszystkie rzeczy, którymi chcę się z Tobą podzielić. Zapraszając, inspirując, obdarowując, proponując. Cieszyłabym się ogromnie gdybyś skorzystała/skorzystał. Wierzę, że tak się stanie, bo przecież nie przychodzą one do mnie tylko dla mnie 🙂

Pierwsza metoda, żeby wprowadzić więcej piękna i uśmiechu w swoje życie, więcej relaksu to nagłówek strony Home:

ZATRZYMAJ SIĘ

WEŹ WDECH I ZRÓB WYDECH – najlepiej kilka razy

CO CZUJESZ? – w ciele, w emocjach, w swojej głowie…

Jest to proste narzędzie do budowania większej samoświadomości, większej uważności. Narzędzie do odnalezienia potrzeb, które leżą pod emocjami.

A dlaczego pozwolą wprowadzić więcej uśmiechu w Twoje życie?

Bo niechciany smutek zabiera miejsce na radość, bo gniew pokazuje Ci, że nie zaspokajasz ważnych dla siebie potrzeb, czyli nie dbasz o „siebie” wystarczająco, bo zazdrość pokazuje Ci, za czym tęsknisz, bo wstręt ostrzega, że coś może być dla Ciebie trujące (nie tylko na polu fizycznym), bo lęk czasem jest blokadą w działaniu, a czasem jest wołaniem o większą delikatność wobec siebie. Przeważnie boi się w Tobie ta mała dziewczynka/ten mały chłopiec i potrzebuje poczuć zaufanie do Ciebie dorosłego.

Gdy uświadomisz sobie, że ta emocja właśnie teraz przez Ciebie przepływa, pozwolisz jej na to bez oceny, zobaczysz tą, a nie inną potrzebę, którą możesz zaspokoić – na miarę swoich możliwości albo poprosić, żeby ktoś ją zaspokoił. A gdy już to zrealizujesz, przyjmiesz zagubioną część swojej duszy. I pojawi się więcej radości, przestrzeni i energii do życia.

Tak więc: zatrzymaj się, weź wdech i zrób wydech, powoli, spokojnie, kilkukrotnie. Odpowiedz: co czujesz?

Czy potrafisz to przeżyć, nazwać i dotrzeć do źródła? Czy może potrzebujesz pomocy żeby to rozpoznać?

JKE

Na początek

25.03.2020: Byłam ostatnio w przygotowaniach do pracy online. Mam uczucie, że sytuacja mnie niejako zmusiła do tego, żeby zacząć działać w inaczej. W sposób adekwatny do sytuacji. Jest tu dużo nowości, dużo potrzebuję się nauczyć od strony technologiczno – organizacyjnej, dużo jest też niepokoju wobec nieznanego. Ale też dużo inspiracji, wglądów i nowego powiewu. Od kilku dni jestem w procesie układania sobie czasu i priorytetów co, jak i kiedy mam zrobić, bo potrzebuję to sobie uporządkować. Różnie mijają dni od początku „kwarantanny”. Część dnia fajna energia, działanie, radość, a część dnia jakiś ciężar, smutek, frustracja, zmęczenie. Dziś właśnie miałam taki dzień. Położyłam dzieci spać w dość ciężkim nastroju. Sfrustrowania z powodu braku czasu, ograniczeń z zewnątrz, zmęczona. Zasnęłam z nimi na godzinę. I przyśnił mi się sen, który zapamiętałam. Odkąd pojawił się mój syn ponad 2,5 roku temu, rzadko pamiętam sny. W przeciwieństwie do czasu przed macierzyństwem, gdzie sny były jednym z ważniejszych narzędzi w mojej pracy ze sobą, w odczytywaniu znaków i kierunków. Właściwie to od początku mojej drogi samorozwoju 15 lat temu były ważną jej częścią. Nawet mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że ją rozpoczeły. Ale wracając do tego dzisiejszego snu.

Szłam drogą niosąc jakiś instrument, chyba to była moja harf-lutnia, na plecach. Pogoda była zmienna, i zaraz miała rozpętać się burza i ulewa. Początkowo właśnie było mi tak ciężko na sercu, spotkało mnie jakieś rozczarowanie czy trudna sytuacja. Szłam drogą polną, wśród traw i gdzieniegdzie drzew. Droga wyglądała jak takie obrzeża miasta i szłam w jego kierunku. Idąc obserwowałam ludzi i miałam nadzieję, że może mnie ktoś podrzuci, co się oczywiście nie wydarzyło. Zaczął natomiast padać rzęsisty deszcz. Ujrzałam pierwsze krople dotykające tej polnej drogi i sprawiające, że ziemia staje się coraz bardziej mokra. To mi nie przeszkadzało. Naokoło szalała ulewa, kłęby wody, wiatr. Sytuacja niezbyt przyjemna dla mnie osobiście, i wymagająca skupienia na szybszym dotarciu do celu, do suchego miejsca. Ale zamiast tego, zaczęłam śpiewać i tańczyć. Lekkie podskoki, ręce luźno skaczące, trochę jak u kukiełki 😉 Rzadko spotykani ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem. A ja się czułam piękna i w godności w tym lekkim, pełnym radości tańcu z pieśnią wypełniającą mnie i przestrzeń naokoło. Pieśnią dostrajającą wibracje zewnętrznego świata do jej słów i melodii.

„Ja tworzę leczniczy krąg, po życia spirali mknąc

Rano wieczór w dzień i w noc

Współtworzę leczniczą moc!”

Na horyzoncie zaczęłam widzieć „cel” – jakiś przystanek czy drogę mającą mnie doprowadzić tam, gdzie pragnęło moje serce.

Obudziłam się.

Ciągle śpiewając 🙂

Nie jest to nowa sytuacja, ale zawsze bardzo to lubię. Że moja podświadomość mówi do mnie poprzez pieśni. 

Chwilę później opowiadając Mojemu Mężczyźnie ten sen, uświadomiłam sobie, że jest to manifestacja cytatu, który kiedyś poznałam i który bardzo mnie poruszył. Zapadł we mnie jak nasiono.

„Life isn’t about waiting for the storms to pass. It’s about learning to dance in the rain”

„Życie nie jest o czekaniu na burze, które przejdą, jest o tym, jak nauczyć się tańczyć w deszczu”

(moje wolne tłumaczenie 😉

I to jest kwintesencja przekazu dla mnie na ten czas, na to co aktualnie się dzieje.

I na to, że przechodzę ze swoją działalnością w przestrzeń online. Przestrzeń, do której miałam ambiwalentne uczucia, jak do rysowania na tablecie, czy „udoskonalania” muzyki poprzez efekty dźwiękowe. Jednak adekwatnie do sytuacji, czas zastosować odpowiednie narzędzia/metody pracy 🙂

Zapraszam Was więc do posłuchania tej pieśni tu:

Joanna Karen Ejtmanowicz „Adeshken – Droga Połączenia”

Nie znam autora słów i muzyki, poznałam ją na którymś z warsztatów.

Wysyłam dużo miłości i radości do Waszych serc!

JKE