Prostota

Tak, prostota.

Simple but not easy 😉

Siedząc sobie w domku, wieczorem, gdy dzieci już śpią, zaczynam się relaksować. Bez zbędnego dążenia do doświadczeń, bez ciśnienia, że muszę zrobić to, co sobie zamierzyłam w planach.

Dostałam linka od Przyjaciółki z muzyką. Dawno już ona jest w sieci i wykonawca jest dość znanym muzykiem. Szanowanym. Docenionym. Soundhealerem. Muzyka wysokiego C, profesjonalna. Uważana za piękną. Podchodzę do tej muzyki po raz kolejny w swoim życiu. I nie. Zbyt skomplikowane 🙂

Nie miałam zamiaru robić niczego dziś, tylko poddać się relaksowi. I jak zwykle w takich momentach, przychodzi inspiracja, dziś w postaci w/w muzyki, i zaczyna się dziać. teraz wpis 🙂

Więc wracając. Uczucie, że ta muzyka jest dla mnie zbyt skomplikowana. Za dużo efektów, za dużo wszystkiego. Widać prostota mnie porusza. I z całym swoim background’em doświadczeń zauważam, że tak było zawsze. Nawet sobie wymyśłiłam to zdanie, które widzisz na obrazku do tego wpisu.

Inna rzecz, która mi się przypomniała, to moje pieśni. Albo raczej sposób śpiewania. Najbardziej satysfakcjonujące, spełniające: biorę bęben i z nim śpiewam, biorę grzechotkę i śpiewam, biorę flet i gram. Monolitycznie 😉 Mimo że w niektórych utworach takich jak np „Calling Dragons” https://soundcloud.com/adeshken/calling-dragons nagrałam kilka instrumentów, to mój śpiew jest prosty. Bez ozdobników. Jak tam sobie płynie.

Ktoś mógłby powiedzieć: to przez brak techniki (zaczęłam ćwiczyć śpiewanie, bo sprawia mi to przyjemność, technikę też, bo to zabawne, ale też jest to relaks, jest to proste narzędzie do otwarcia), albo mogłabym usłyszeć jeszcze jakieś inne mądre rady odnośnie mojego śpiewania (oczywiście w sobie je słyszę ;). I pewnie będę mogła się do nich odnieść, gdy już się śpiewać „nauczę” 😉 Heheh, ale nawet jak to piszę, to mi się śmiać chce 🙂 Pomimo że doceniam technikę, doceniam profesjonalny śpiew, słucham z przyjemnością harmonii w utworach, hmm, kogoś z dużym talentem do śpiewania. Mi jednak najbliższe mi jest takie surowe, nieobrobione śpiewanie. Największe ciarki mam podczas słuchania takich, jakby to nazwać, naturalnych głosów połączonych w jeden np w Kręgach, albo podczas celebracji Ceremonii przy ogniu. Jakieś to takie bardziej żywe dla mnie. Żywe, ale i proste…

…Spotyka się grupa osób przy ogniu, grają i śpiewają razem, tańczą, niektórzy nigdy się śpiewu nie uczyli, ani gry na niczym, a efekt jest powalający, kiedy słucham tych dźwięków, bo na przykład ktoś pamiętał żeby to nagrać. I to jest życie. To jest chyba jedyna rzecz, za którą tęsknię. Po prostu.

Heh, miało być o prostocie a leci mi w śpiewanie 🙂 Ale powiem Ci, że właśnie to mi w duszy gra teraz. Bo posłuchałam sobie kilku kiedyś nagranych swoich utworów. I to, co mnie uderza to prostota tego. I nareszcie zrozumiałam, dlaczego tak jest 🙂 dlaczego mój sposób śpiewania jest taki właśnie. I dlaczego taką mam trudność w powtarzaniu nagrań, „obrabianiu” ich. Bo to wtedy nie jest żywe dla mnie. Chociaż sama lubię bardzo jak ktoś śpiewa pięknie. Jak nagranie jest idealne. Ale w moim, hmmm, „stylu” nie jest. Bo najbliższa mi jest jednak prostota, nawet jako taka surowość nagrania, improwizacja, moment, flow.

Dlatego nie usłyszysz raczej u mnie takiego wyćwiczonego śpiewu. To mi nie płynie wtedy. Dla profesjonalnych muzyków, raczej to ucztą nie będzie 😉 Ale! jak się posłucha icarosów z Ameryki Południowej, albo innych pieśni uzdrawiających szamanów, to pomimo że muzycznie są one jakie są, to są skuteczne. Wiesz, jeśli korzystałeś/korzystałaś.

I dla mnie to kwintesencja. Proste i efektywne 🙂 Jeśli posłuchasz sercem… 🙂

Na przykład to: https://www.youtube.com/watch?v=Wt7Pt2REv88&list=PL17V5stpCqiWDFg_OGJxS0KoQUDQTlz8z&index=1&t=159s

Tak sobie śpiewa i gra na bębenku 😉 A idzie prosto tam, gdzie ma dojść 🙂 Love it.

Z miłością JKE

Abstynencja ;)

Jest pół godziny po północy.

W kominku pali się ogień, w kubku moja ulubiona herbata. Za oknem słychać szum górskiego strumienia. Po prawie pół roku podróży zaczynam osadzać się w miejscu, które znaleźliśmy do mieszkania na kolejne pół roku. Być może jest to miejsce, w którym zostaniemy dłużej. Może znajdziemy tu Nasz kawałek Ziemi i Nieba do zamieszkania na stałe. Życie, Duch pokaże 🙂

Warunki do mieszkania w tych niespokojnych czasach wymarzone. Cisza, spokój, dom z bali, górski strumień, w którym kilka dni temu postanowiłam morsować, a który wręcz zaprasza do tego typu aktywności. Co dla mnie, jako osoby niezbyt lubiącej zimną wodę, jest fenomenem. Chociaż oswajanie z zimną, górską wodą trwało już jakiś czas, podczas naszych rodzinnych letnich wojaży w Polsce i Europie Zachodniej. Jeździliśmy z naszymi dzieciakami 3 i 1,5 i psem, przygotowanym do spania autem, po miejscach jak najbardziej dzikich, bliskich naturze, spaliśmy w namiocie (bo w samochodzie się spać nie chciało) niezależnie od pogody, jedliśmy posiłki przygotowane na ogniu lub kuchence turystycznej, kąpaliśmy się w rzekach, strumieniach, jeziorach, doświadczaliśmy wymarzonego życia w drodze. Praktycznie cały czas bez dostępu internetu. A nawet, kiedy był dostęp, nie miałam ochoty tam wchodzić. 

Były to jedne z najwspanialszych chwil, i jedne z najtrudniejszych. Przejechaliśmy w sumie ponad 8000 km od lipca 2020. I znaleźliśmy się tu, gdzie poranki zaczynają się od śpiewu ptaków niezagłuszanego przejeżdżającymi samochodami, chodzącymi ludźmi. Tu gdzie wodospad masz na wyciągnięcie ręki (tak, w Polsce:) ) Tu, gdzie zasięg internetowy i telefoniczny rzadko wchodzi na 2 kreski 😉 Tutaj, gdzie postanowiłam usunąć kilka dni temu swoje konto z FB, a tym samym z Messangera. 

Zrobiłam to spontanicznie. Powodem było to, że zdenerwowałam się, gdy zobaczyłam, jak dużo czasu mi ostatnio FB zabiera, kiedy zaczynam scrollować. Jak stał się głównym źródłem informacji z kraju. Jak stał się czymś na kształt okna na świat. Pomimo, że nie spędzałam na nim więcej niż godzinę/ dwie co kilka dni. Pomimo tego, że od początku Naszej Podróży mocno zmalało moje zaangażowanie w udostępnianie treści czy czytanie newsów. Pomimo tego, że od 2013 roku, gdy założyłam aktywne konto na FB, traktowałam ten portal jedynie jako narzędzie do kontaktu z przyjaciółmi, otrzymywania informacji o ciekawych wydarzeniach i informowania ludzi o wydarzeniach, które sama organizowałam lub dzielenia się czasami swoimi przemyśleniami. Takie, „myślałam”, zdrowe podejście do narzędzia z wykorzystaniem jego potencjału. 

Tylko „myślałam”, że tak jest. Teraz, gdy stacjonujemy w jednym miejscu, gdy na zewnątrz nie ma ciągłej zmiany w postaci zmieniających się warunków, miejsc, krajobrazów. Gdy za oknem widok jest ten sam, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy pojawiła się stałość, niejaka „rutyna”, umysł, który jest przyzwyczajony do ruchu, szuka tego. I zaczął szukać znów na FB, gdzie „wydawać by się mogło”, że na bieżąco można obserwować to, co dzieje się. Gdzie zmiany ogólnoświatowe, ale szczególnie zmiany w naszym kraju są widoczne tak bardzo, że „masz wrażenie”, że uczestniczysz w nich osobiście. Gdzie „wydaje Ci się”, że masz kontakt z innymi osobami podobnie myślącymi. Z Twoim „Plemieniem”… 

Po kilku dniach od usunięcia konta na FB mogę zaobserwować kompletną iluzoryczność tych „wydaje się”. Oczywiście nie mówiąc o nawyku, który nabyłam, sprawdzania wiadomości na messangerze czy scrollowania w ramach hmmm… relaksu ;). Bo jest i on – nawyk dający poczucie bycia w kontakcie, relacjach. Śmiech na sali 😉 

Pierwsza rzecz jaka mi przyszła, to właśnie przeświadczenie, jakie FB daje, że jesteś współuczestnikiem wydarzeń. Wciąga Cię to i widząc zdjęcia z lotu ptaka ostatnich demonstracji, słysząc kręgowe pieśni śpiewane przez kobiety (pominę fakt, że w maseczce nie śpiewa się o wolności), miałam wrażenie „Wow, czuję się jakbym tam była” Czuję ich/swoje emocje. Czuję żywy gniew na to, że ludzie dają sobie zakładać kagańce, a mówią o wolności wyboru. Czuję, czuję, czuję, moja energia zasila to całe przedstawienie… Po czym budzę się na drugi dzień, patrze na drzewa i góry i myślę „Który hologram jest prawdziwy? Co chcę zasilać? Czy to jest świat, który chcę tworzyć?” Same słowa „Świat który chcę tworzyć” – jaki świat? Przecież nie byłam na demonstracji, nic nie stworzyłam. To były tylko filmiki, zdjęcia i literki na monitorze. A „wydawało mi się”, jakbym tam była…

Widzisz to? Tą iluzję, pułapkę?

I to jest pierwsze. FB zabiera mnie z tu i teraz. Daje „wrażenie” współuczestniczenia. Jednocześnie to współuczestniczenie kosztuje moją energię. Płacę nią za coś, co tak naprawdę jest tylko obrazem na monitorze. Nie jest prawdziwe. Nie jest żywym kontaktem z drugim człowiekiem. NIe jest śpiewaniem na demonstracji z innymi kobietami. Płacę nią za coś, co nie istnieje. A moja życiowa energia istnieje, więc słaby deal 😉

Druga rzecz nawiązująca do tej wyżej. Relacje z „przyjaciółmi”, z „Plemieniem”. Co mi dawał FB? Wrażenie tego, że wiem, co u kogo słychać. Wrażenie tego, że mam z nimi „kontakt” 🙂 Wrażenie, które odbiera motywacje do tego, żeby porozmawiać przez telefon czy się spotkać, bo przecież „wiem” co u nich, bo czasem rozmawiamy przez Messanger i widzę ich tablice. Hahaha 🙂 Oczywiste, wszyscy to wiemy. Ale czy na pewno? Ja „myślałam”, że to wiem. Będąc jeszcze na FB „wiedziałam”, że to przecież online 😉 ale czułam się „w kontakcie”. A byłam? Nie. Literki na ekranie monitora i zdjęcia wybranych przez autora wycinków życia. Nie całość. Nie – czucie ciałem ciała. Czy takich „relacji” chcę doświadczać? Odpowiedź jest jasna jak słońce. 

I trzecia na ten moment, chyba dla mnie najważniejsze olśnienie. I wzbudziło największe przerażenie, bo o tym nie wiedziałam o sobie. FB stał się czymś w rodzaju okna na świat. Albo przestrzenią, która się otwiera jak w nią wchodzę. I daje „wrażenie” nieskończoności. Gdy zamknęłam to okno, zaczęłam doświadczać uczucia klaustrofobii i zamknięcia w czterech ścianach pomieszczenia. A ściany są zbudowane z drzew i nieba (kompletny paradoks). Dosłownie. Doświadczyłam dziś uczucia tego, że jestem w zamknięciu, bo nie mam dostępu do wymiany informacji z ludźmi. Bo nie mogę jednym kliknięciem zobaczyć, co i gdzie się dzieje. I to jest dla mnie straszne, że w ogóle pojawiła się we mnie myśl „jestem w pułapce, bo nie wejdę na FB i Messanger”. Że mam uczucie zamknięcia na świat, pomimo bycia blisko natury w domu z naturalnych materiałów, z dala od miasta, mając dużo czasu dla siebie (bo chłopaki pojechali do dziadków i jesteśmy tylko z córką). I jest to szok. Że dałam się tak wmanewrować, że stworzyłam sobie możliwość, aby FB stał się czymś takim dla mnie. Dla osoby, która kocha wolność i przestrzeń ponad wszystko.

A przecież nie czułam się ani uzależniona od FB, ani nie spędzałam niewiadomo ile czasu tam. A FB w taki triki sposób wszedł w moją rzeczywistość i stał się czymś, co wydaje się niezbędne i dające wolność 🙂 Wydaje się 🙂 Iluzja. I całe szczęście, na poziomie osobistym czuję tylko radość, że to się pokazało. Natomiast na poziomie „współodczuwania” z innymi, czuję smutek i przerażenie, że umysły wielu ludzi, których życie właściwie przeniosło się do FB, którzy spędzają tam po kilka godzin dziennie (nawet stwierdzenie  „tam” jest czymś iluzorycznym, bo przecież „tam” jest w „chmurze” umysłu, czyli nie istnieje na poziomie ciała), będą zainfekowane tym wirusem jeszcze mocniej. I niby nic nowego, niby to już dawno jest wiadome, niby rzeczywistość wirtualna jest czymś, hmm… oczywistym i prawdziwym… Niby nie można demonizować tego narzędzia, bo przecież racjonalne korzystanie etc. Ale doświadczenie na własnej skórze delikatnych podmuchów tego, co może dziać się z umysłem po „odstawieniu” FB daje pewność decyzji. Dużo nam się mówi, dużo sami sobie mówimy, dużo jest programowania, że racjonalne korzystanie nie jest niczym złym itd. Mi się „wydawało”, że korzystam racjonalnie, a pomimo to powstały w mojej głowie takie przekonania jakie powstały. Bo przecież nie urodziłam się z nimi, bo dorastałam w czasach, gdy nie było komputerów i telefonów, a pierwszego telefonu i komputera zaczęłam używać na pierwszym roku studiów, ale nie było jeszcze portali tego typu 😉 Więc te przekonania nabyłam odkąd pojawił się FB. Jaka to siła jest. Wirtualnej rzeczywistości. I to jest przerażające. Bo jest to rzeczywistość stworzona przez „kogoś”. Bo jest to wybierany przez tego „kogoś” sposób korzystania z tego medium. Bo ta rzeczywistość jest czymś zupełnie innym niż to, co masz za oknem. Bo ta rzeczywistość nie ma w sobie życia, mimo że jest w ciągłym ruchu. Przestrzeń dla umysłu człowieka, który jest jak marionetka, sterowany dłońmi animatora….

A animatorem nie jest Twoje życie. Nie jesteś Ty.

Ukojeniem jest to, że można spojrzeć na drzewo, że każdy ma dostęp do zieleni trawy i dotyku kory drzewa. I jak wyjdziesz z wirtualu i pójdziesz do najbliższego rosnącego drzewa, albo wybierzesz się trochę dalej, do najbliższego skwerku zieleni, albo jeszcze ciut dalej do pobliskiego parku, lasu, to poczujesz różnicę. Polecam. Proste narzędzie dbania o siebie. O swoje zdrowie, o spokój wewnętrzny. O alternatywę. Szkoda tylko, że teraz natura jest alternatywą, a nie podstawą. Ale jest. I to jest ważne.

Z miłością JKE

Let the Nature be The Temple.

Dlaczego „Na miarę możliwości”?

Zastanawiając się nad nazwą moich działań online, czułam sobie różne nazwy. Chciałam żeby było to coś prostego, nowego, niosącego świeży powiew do mojej pracy. Coś, co kojarzyłoby się z możliwościami medium jakim jest internet, ale również pokazującego to, że wiele można zrobić „online”, ale nie wszystko. Stąd ta nazwa. Na miarę możliwości jakie daje internet, na miarę Twoich możliwości korzystania z oferowanych tutaj rzeczy.

To, czym mogę się podzielić tutaj na stronie, w tym czasie, który jest, zamieszczam powoli, także na miarę swoich możliwości, głównie czasowych. Przy dwójce małych dzieci (1,5 roku i 3 lata), które są bardzo energicznymi brzdącami, nie jest to taka prosta sprawa: połączyć pracę z macierzyństwem. Przynajmniej dla mnie, osoby, która uczy się wykorzystywać każdą wolną chwilę, często zupełnie niespodziewaną i nie dającą się zaplanować, na swoje pasje (bo praca jest również moja pasją), na to, żeby złapać oddech, bo jeszcze 4 lata temu, mogła iść z flow życia o dowolnej godzinie.

Dlatego też, strona jest cały czas w tworzeniu (stan na 26.05.2020 😉 ) Powoli, krok po kroku, będę umieszczać te wszystkie rzeczy, którymi chcę się z Tobą podzielić. Zapraszając, inspirując, obdarowując, proponując. Cieszyłabym się ogromnie gdybyś skorzystała/skorzystał. Wierzę, że tak się stanie, bo przecież nie przychodzą one do mnie tylko dla mnie 🙂

Pierwsza metoda, żeby wprowadzić więcej piękna i uśmiechu w swoje życie, więcej relaksu to nagłówek strony Home:

ZATRZYMAJ SIĘ

WEŹ WDECH I ZRÓB WYDECH – najlepiej kilka razy

CO CZUJESZ? – w ciele, w emocjach, w swojej głowie…

Jest to proste narzędzie do budowania większej samoświadomości, większej uważności. Narzędzie do odnalezienia potrzeb, które leżą pod emocjami.

A dlaczego pozwolą wprowadzić więcej uśmiechu w Twoje życie?

Bo niechciany smutek zabiera miejsce na radość, bo gniew pokazuje Ci, że nie zaspokajasz ważnych dla siebie potrzeb, czyli nie dbasz o „siebie” wystarczająco, bo zazdrość pokazuje Ci, za czym tęsknisz, bo wstręt ostrzega, że coś może być dla Ciebie trujące (nie tylko na polu fizycznym), bo lęk czasem jest blokadą w działaniu, a czasem jest wołaniem o większą delikatność wobec siebie. Przeważnie boi się w Tobie ta mała dziewczynka/ten mały chłopiec i potrzebuje poczuć zaufanie do Ciebie dorosłego.

Gdy uświadomisz sobie, że ta emocja właśnie teraz przez Ciebie przepływa, pozwolisz jej na to bez oceny, zobaczysz tą, a nie inną potrzebę, którą możesz zaspokoić – na miarę swoich możliwości albo poprosić, żeby ktoś ją zaspokoił. A gdy już to zrealizujesz, przyjmiesz zagubioną część swojej duszy. I pojawi się więcej radości, przestrzeni i energii do życia.

Tak więc: zatrzymaj się, weź wdech i zrób wydech, powoli, spokojnie, kilkukrotnie. Odpowiedz: co czujesz?

Czy potrafisz to przeżyć, nazwać i dotrzeć do źródła? Czy może potrzebujesz pomocy żeby to rozpoznać?

JKE

Na początek

25.03.2020: Byłam ostatnio w przygotowaniach do pracy online. Mam uczucie, że sytuacja mnie niejako zmusiła do tego, żeby zacząć działać w inaczej. W sposób adekwatny do sytuacji. Jest tu dużo nowości, dużo potrzebuję się nauczyć od strony technologiczno – organizacyjnej, dużo jest też niepokoju wobec nieznanego. Ale też dużo inspiracji, wglądów i nowego powiewu. Od kilku dni jestem w procesie układania sobie czasu i priorytetów co, jak i kiedy mam zrobić, bo potrzebuję to sobie uporządkować. Różnie mijają dni od początku „kwarantanny”. Część dnia fajna energia, działanie, radość, a część dnia jakiś ciężar, smutek, frustracja, zmęczenie. Dziś właśnie miałam taki dzień. Położyłam dzieci spać w dość ciężkim nastroju. Sfrustrowania z powodu braku czasu, ograniczeń z zewnątrz, zmęczona. Zasnęłam z nimi na godzinę. I przyśnił mi się sen, który zapamiętałam. Odkąd pojawił się mój syn ponad 2,5 roku temu, rzadko pamiętam sny. W przeciwieństwie do czasu przed macierzyństwem, gdzie sny były jednym z ważniejszych narzędzi w mojej pracy ze sobą, w odczytywaniu znaków i kierunków. Właściwie to od początku mojej drogi samorozwoju 15 lat temu były ważną jej częścią. Nawet mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że ją rozpoczeły. Ale wracając do tego dzisiejszego snu.

Szłam drogą niosąc jakiś instrument, chyba to była moja harf-lutnia, na plecach. Pogoda była zmienna, i zaraz miała rozpętać się burza i ulewa. Początkowo właśnie było mi tak ciężko na sercu, spotkało mnie jakieś rozczarowanie czy trudna sytuacja. Szłam drogą polną, wśród traw i gdzieniegdzie drzew. Droga wyglądała jak takie obrzeża miasta i szłam w jego kierunku. Idąc obserwowałam ludzi i miałam nadzieję, że może mnie ktoś podrzuci, co się oczywiście nie wydarzyło. Zaczął natomiast padać rzęsisty deszcz. Ujrzałam pierwsze krople dotykające tej polnej drogi i sprawiające, że ziemia staje się coraz bardziej mokra. To mi nie przeszkadzało. Naokoło szalała ulewa, kłęby wody, wiatr. Sytuacja niezbyt przyjemna dla mnie osobiście, i wymagająca skupienia na szybszym dotarciu do celu, do suchego miejsca. Ale zamiast tego, zaczęłam śpiewać i tańczyć. Lekkie podskoki, ręce luźno skaczące, trochę jak u kukiełki 😉 Rzadko spotykani ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem. A ja się czułam piękna i w godności w tym lekkim, pełnym radości tańcu z pieśnią wypełniającą mnie i przestrzeń naokoło. Pieśnią dostrajającą wibracje zewnętrznego świata do jej słów i melodii.

„Ja tworzę leczniczy krąg, po życia spirali mknąc

Rano wieczór w dzień i w noc

Współtworzę leczniczą moc!”

Na horyzoncie zaczęłam widzieć „cel” – jakiś przystanek czy drogę mającą mnie doprowadzić tam, gdzie pragnęło moje serce.

Obudziłam się.

Ciągle śpiewając 🙂

Nie jest to nowa sytuacja, ale zawsze bardzo to lubię. Że moja podświadomość mówi do mnie poprzez pieśni. 

Chwilę później opowiadając Mojemu Mężczyźnie ten sen, uświadomiłam sobie, że jest to manifestacja cytatu, który kiedyś poznałam i który bardzo mnie poruszył. Zapadł we mnie jak nasiono.

„Life isn’t about waiting for the storms to pass. It’s about learning to dance in the rain”

„Życie nie jest o czekaniu na burze, które przejdą, jest o tym, jak nauczyć się tańczyć w deszczu”

(moje wolne tłumaczenie 😉

I to jest kwintesencja przekazu dla mnie na ten czas, na to co aktualnie się dzieje.

I na to, że przechodzę ze swoją działalnością w przestrzeń online. Przestrzeń, do której miałam ambiwalentne uczucia, jak do rysowania na tablecie, czy „udoskonalania” muzyki poprzez efekty dźwiękowe. Jednak adekwatnie do sytuacji, czas zastosować odpowiednie narzędzia/metody pracy 🙂

Zapraszam Was więc do posłuchania tej pieśni tu:

Joanna Karen Ejtmanowicz „Adeshken – Droga Połączenia”

Nie znam autora słów i muzyki, poznałam ją na którymś z warsztatów.

Wysyłam dużo miłości i radości do Waszych serc!

JKE