Abstynencja ;)

Jest pół godziny po północy.

W kominku pali się ogień, w kubku moja ulubiona herbata. Za oknem słychać szum górskiego strumienia. Po prawie pół roku podróży zaczynam osadzać się w miejscu, które znaleźliśmy do mieszkania na kolejne pół roku. Być może jest to miejsce, w którym zostaniemy dłużej. Może znajdziemy tu Nasz kawałek Ziemi i Nieba do zamieszkania na stałe. Życie, Duch pokaże 🙂

Warunki do mieszkania w tych niespokojnych czasach wymarzone. Cisza, spokój, dom z bali, górski strumień, w którym kilka dni temu postanowiłam morsować, a który wręcz zaprasza do tego typu aktywności. Co dla mnie, jako osoby niezbyt lubiącej zimną wodę, jest fenomenem. Chociaż oswajanie z zimną, górską wodą trwało już jakiś czas, podczas naszych rodzinnych letnich wojaży w Polsce i Europie Zachodniej. Jeździliśmy z naszymi dzieciakami 3 i 1,5 i psem, przygotowanym do spania autem, po miejscach jak najbardziej dzikich, bliskich naturze, spaliśmy w namiocie (bo w samochodzie się spać nie chciało) niezależnie od pogody, jedliśmy posiłki przygotowane na ogniu lub kuchence turystycznej, kąpaliśmy się w rzekach, strumieniach, jeziorach, doświadczaliśmy wymarzonego życia w drodze. Praktycznie cały czas bez dostępu internetu. A nawet, kiedy był dostęp, nie miałam ochoty tam wchodzić. 

Były to jedne z najwspanialszych chwil, i jedne z najtrudniejszych. Przejechaliśmy w sumie ponad 8000 km od lipca 2020. I znaleźliśmy się tu, gdzie poranki zaczynają się od śpiewu ptaków niezagłuszanego przejeżdżającymi samochodami, chodzącymi ludźmi. Tu gdzie wodospad masz na wyciągnięcie ręki (tak, w Polsce:) ) Tu, gdzie zasięg internetowy i telefoniczny rzadko wchodzi na 2 kreski 😉 Tutaj, gdzie postanowiłam usunąć kilka dni temu swoje konto z FB, a tym samym z Messangera. 

Zrobiłam to spontanicznie. Powodem było to, że zdenerwowałam się, gdy zobaczyłam, jak dużo czasu mi ostatnio FB zabiera, kiedy zaczynam scrollować. Jak stał się głównym źródłem informacji z kraju. Jak stał się czymś na kształt okna na świat. Pomimo, że nie spędzałam na nim więcej niż godzinę/ dwie co kilka dni. Pomimo tego, że od początku Naszej Podróży mocno zmalało moje zaangażowanie w udostępnianie treści czy czytanie newsów. Pomimo tego, że od 2013 roku, gdy założyłam aktywne konto na FB, traktowałam ten portal jedynie jako narzędzie do kontaktu z przyjaciółmi, otrzymywania informacji o ciekawych wydarzeniach i informowania ludzi o wydarzeniach, które sama organizowałam lub dzielenia się czasami swoimi przemyśleniami. Takie, „myślałam”, zdrowe podejście do narzędzia z wykorzystaniem jego potencjału. 

Tylko „myślałam”, że tak jest. Teraz, gdy stacjonujemy w jednym miejscu, gdy na zewnątrz nie ma ciągłej zmiany w postaci zmieniających się warunków, miejsc, krajobrazów. Gdy za oknem widok jest ten sam, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy pojawiła się stałość, niejaka „rutyna”, umysł, który jest przyzwyczajony do ruchu, szuka tego. I zaczął szukać znów na FB, gdzie „wydawać by się mogło”, że na bieżąco można obserwować to, co dzieje się. Gdzie zmiany ogólnoświatowe, ale szczególnie zmiany w naszym kraju są widoczne tak bardzo, że „masz wrażenie”, że uczestniczysz w nich osobiście. Gdzie „wydaje Ci się”, że masz kontakt z innymi osobami podobnie myślącymi. Z Twoim „Plemieniem”… 

Po kilku dniach od usunięcia konta na FB mogę zaobserwować kompletną iluzoryczność tych „wydaje się”. Oczywiście nie mówiąc o nawyku, który nabyłam, sprawdzania wiadomości na messangerze czy scrollowania w ramach hmmm… relaksu ;). Bo jest i on – nawyk dający poczucie bycia w kontakcie, relacjach. Śmiech na sali 😉 

Pierwsza rzecz jaka mi przyszła, to właśnie przeświadczenie, jakie FB daje, że jesteś współuczestnikiem wydarzeń. Wciąga Cię to i widząc zdjęcia z lotu ptaka ostatnich demonstracji, słysząc kręgowe pieśni śpiewane przez kobiety (pominę fakt, że w maseczce nie śpiewa się o wolności), miałam wrażenie „Wow, czuję się jakbym tam była” Czuję ich/swoje emocje. Czuję żywy gniew na to, że ludzie dają sobie zakładać kagańce, a mówią o wolności wyboru. Czuję, czuję, czuję, moja energia zasila to całe przedstawienie… Po czym budzę się na drugi dzień, patrze na drzewa i góry i myślę „Który hologram jest prawdziwy? Co chcę zasilać? Czy to jest świat, który chcę tworzyć?” Same słowa „Świat który chcę tworzyć” – jaki świat? Przecież nie byłam na demonstracji, nic nie stworzyłam. To były tylko filmiki, zdjęcia i literki na monitorze. A „wydawało mi się”, jakbym tam była…

Widzisz to? Tą iluzję, pułapkę?

I to jest pierwsze. FB zabiera mnie z tu i teraz. Daje „wrażenie” współuczestniczenia. Jednocześnie to współuczestniczenie kosztuje moją energię. Płacę nią za coś, co tak naprawdę jest tylko obrazem na monitorze. Nie jest prawdziwe. Nie jest żywym kontaktem z drugim człowiekiem. NIe jest śpiewaniem na demonstracji z innymi kobietami. Płacę nią za coś, co nie istnieje. A moja życiowa energia istnieje, więc słaby deal 😉

Druga rzecz nawiązująca do tej wyżej. Relacje z „przyjaciółmi”, z „Plemieniem”. Co mi dawał FB? Wrażenie tego, że wiem, co u kogo słychać. Wrażenie tego, że mam z nimi „kontakt” 🙂 Wrażenie, które odbiera motywacje do tego, żeby porozmawiać przez telefon czy się spotkać, bo przecież „wiem” co u nich, bo czasem rozmawiamy przez Messanger i widzę ich tablice. Hahaha 🙂 Oczywiste, wszyscy to wiemy. Ale czy na pewno? Ja „myślałam”, że to wiem. Będąc jeszcze na FB „wiedziałam”, że to przecież online 😉 ale czułam się „w kontakcie”. A byłam? Nie. Literki na ekranie monitora i zdjęcia wybranych przez autora wycinków życia. Nie całość. Nie – czucie ciałem ciała. Czy takich „relacji” chcę doświadczać? Odpowiedź jest jasna jak słońce. 

I trzecia na ten moment, chyba dla mnie najważniejsze olśnienie. I wzbudziło największe przerażenie, bo o tym nie wiedziałam o sobie. FB stał się czymś w rodzaju okna na świat. Albo przestrzenią, która się otwiera jak w nią wchodzę. I daje „wrażenie” nieskończoności. Gdy zamknęłam to okno, zaczęłam doświadczać uczucia klaustrofobii i zamknięcia w czterech ścianach pomieszczenia. A ściany są zbudowane z drzew i nieba (kompletny paradoks). Dosłownie. Doświadczyłam dziś uczucia tego, że jestem w zamknięciu, bo nie mam dostępu do wymiany informacji z ludźmi. Bo nie mogę jednym kliknięciem zobaczyć, co i gdzie się dzieje. I to jest dla mnie straszne, że w ogóle pojawiła się we mnie myśl „jestem w pułapce, bo nie wejdę na FB i Messanger”. Że mam uczucie zamknięcia na świat, pomimo bycia blisko natury w domu z naturalnych materiałów, z dala od miasta, mając dużo czasu dla siebie (bo chłopaki pojechali do dziadków i jesteśmy tylko z córką). I jest to szok. Że dałam się tak wmanewrować, że stworzyłam sobie możliwość, aby FB stał się czymś takim dla mnie. Dla osoby, która kocha wolność i przestrzeń ponad wszystko.

A przecież nie czułam się ani uzależniona od FB, ani nie spędzałam niewiadomo ile czasu tam. A FB w taki triki sposób wszedł w moją rzeczywistość i stał się czymś, co wydaje się niezbędne i dające wolność 🙂 Wydaje się 🙂 Iluzja. I całe szczęście, na poziomie osobistym czuję tylko radość, że to się pokazało. Natomiast na poziomie „współodczuwania” z innymi, czuję smutek i przerażenie, że umysły wielu ludzi, których życie właściwie przeniosło się do FB, którzy spędzają tam po kilka godzin dziennie (nawet stwierdzenie  „tam” jest czymś iluzorycznym, bo przecież „tam” jest w „chmurze” umysłu, czyli nie istnieje na poziomie ciała), będą zainfekowane tym wirusem jeszcze mocniej. I niby nic nowego, niby to już dawno jest wiadome, niby rzeczywistość wirtualna jest czymś, hmm… oczywistym i prawdziwym… Niby nie można demonizować tego narzędzia, bo przecież racjonalne korzystanie etc. Ale doświadczenie na własnej skórze delikatnych podmuchów tego, co może dziać się z umysłem po „odstawieniu” FB daje pewność decyzji. Dużo nam się mówi, dużo sami sobie mówimy, dużo jest programowania, że racjonalne korzystanie nie jest niczym złym itd. Mi się „wydawało”, że korzystam racjonalnie, a pomimo to powstały w mojej głowie takie przekonania jakie powstały. Bo przecież nie urodziłam się z nimi, bo dorastałam w czasach, gdy nie było komputerów i telefonów, a pierwszego telefonu i komputera zaczęłam używać na pierwszym roku studiów, ale nie było jeszcze portali tego typu 😉 Więc te przekonania nabyłam odkąd pojawił się FB. Jaka to siła jest. Wirtualnej rzeczywistości. I to jest przerażające. Bo jest to rzeczywistość stworzona przez „kogoś”. Bo jest to wybierany przez tego „kogoś” sposób korzystania z tego medium. Bo ta rzeczywistość jest czymś zupełnie innym niż to, co masz za oknem. Bo ta rzeczywistość nie ma w sobie życia, mimo że jest w ciągłym ruchu. Przestrzeń dla umysłu człowieka, który jest jak marionetka, sterowany dłońmi animatora….

A animatorem nie jest Twoje życie. Nie jesteś Ty.

Ukojeniem jest to, że można spojrzeć na drzewo, że każdy ma dostęp do zieleni trawy i dotyku kory drzewa. I jak wyjdziesz z wirtualu i pójdziesz do najbliższego rosnącego drzewa, albo wybierzesz się trochę dalej, do najbliższego skwerku zieleni, albo jeszcze ciut dalej do pobliskiego parku, lasu, to poczujesz różnicę. Polecam. Proste narzędzie dbania o siebie. O swoje zdrowie, o spokój wewnętrzny. O alternatywę. Szkoda tylko, że teraz natura jest alternatywą, a nie podstawą. Ale jest. I to jest ważne.

Z miłością JKE

Let the Nature be The Temple.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *